2026-09-13

Sportowa Strefa

EMOCJE SPORT I FAKTY

Trzecia odsłona „Trylogii Świętej Wojny” w Łodzi

29 sierpnia na łódzkiej Atlas Arenie po raz trzeci w ciągu ostatnich trzech lat o Superpuchar Polski w piłce ręcznej zmierzyli się odwieczni rywale, czyli Industria Kielce i Orlen Wisła Płock.

Dwa lata temu górą byli Nafciarze, a w zeszłym sezonie, po konkursie rzutów karnych, triumfowali kielczanie. Wówczas traktowano to jako swoistą niespodziankę, wszak nikt nie przypuszczał, że zeszłoroczny Superpuchar będzie preludium do detronizacji Orlen Wisły w Superlidze.

Ważny jest kontekst

Po blisko 12 miesiącach role odwróciły się o 180 stopni i przed dzisiejszą rywalizacją za większego faworyta uchodziła drużyna z województwa świętokrzyskiego, która po odejściu legendarnego trenera Talanta Dujszebajewa zyskała drugie życie. Najpierw w maju brutalnie zlała odwiecznych rywali w finale Mistrzostw Polski, a następnie działacze w biurowych przestrzeniach zadbali o odpowiednie wzmocnienia kadry przed nowym sezonem, przede wszystkim w osobach Dejana Milosavljevicia, Juliena Bosa i Luki Klaricy.

Orlen Wisła Płock z kolei po przegranym Mistrzostwie Polski pogrążyła się w żałobnym marazmie. Dla kibiców i włodarzy klubu bolesny był nie tylko styl porażki w walce o najważniejszy tytuł zeszłego sezonu, ale również wyraźny regres sportowy względem poprzednich lat. Wydaje się, że w Orlen Arenie bardzo głośno i potężnie wybuchł przesadnie napompowany balon.

Przed przegranym mistrzostwem w Płocku mówiło się więcej o celach w Europie, a zasadnicze pytanie nie brzmiało, czy Nafciarze zagrają w Final Four Ligi Mistrzów, tylko kiedy. To myślenie wyglądało tak, jakby w gabinetach i szatni klubu zapomniano, że w ligowej klatce Nafciarze nadal mają godnego siebie rywala. Niestety dla płocczan przypomnienie tego faktu było brutalne.

Powyższe nastroje dało się wyczuć wśród kibiców pod Atlas Areną. Sam fakt, że na dwa ostatnie finały do Łodzi wybierało się ponad 2 tysiące kibiców, a na ten zdecydowało się przyjechać około tysiąca fanów Nafciarzy, potwierdza, jak gorzką pigułką były ostatnie miesiące dla najwierniejszych kibiców ekipy z Północnego Mazowsza.

W kuluarowych rozmowach sami zresztą wskazywali, że faworytem spotkania będzie zespół z Kielc, ale potencjalne zdobycie Superpucharu traktowali jako dobry początek wychodzenia z destabilizacji, w której ostatnio znalazła się Wisła.

Kielce natomiast tym meczem chciały potwierdzić, że zdobycie Mistrzostwa Polski nie było wypadkiem przy pracy Wisły, tylko efektem dobrej pracy zespołu Krzysztofa Lijewskiego.

Jako obserwator płocko-kieleckich starć od 25 lat mogę powiedzieć, że całość tych okoliczności dała efekt szczególnego nastroju Świętej Wojny. I właśnie dlatego, niezależnie od aktualnej formy obu drużyn, w Łodzi czekało nas wielkie święto piłki ręcznej.

Pierwsza połowa

Od początku z jednej i z drugiej strony w grze ofensywnej panowało mnóstwo nerwowości i niedokładności. Kielczanie w swoich pierwszych pięciu próbach rzutowych, w tym z rzutu karnego, pięciokrotnie byli powstrzymywani przez Mirco Alilovicia.

W piątej minucie na 2-0 po pięknej indywidualnej akcji trafił Gergo Fazekas, a kilka sekund później kontaktową bramkę zdobyła Industria.

Przez następne kilka minut gra z jednej i drugiej strony stała się niezwykle chaotyczna, choć z czasem optyczną przewagę zaczynali zyskiwać Mistrzowie Polski, którzy jako pierwsi opanowali kryzys. W 12. minucie wyszli na prowadzenie 4-3, a chwilę później 5-4.

W 20. minucie spotkania po ładnej akcji na 8-8 trafił nowy skrzydłowy Nafciarzy Bjerre, a dodatkowo w tej samej akcji na dwuminutową karę wysłał kieleckiego obrońcę Yusufa. Trzeba przyznać, że był to bardzo słaby występ tego młodego gracza.

W pierwszej połowie pierwsze skrzypce w ofensywie Nafciarzy grał Mitja Janc, a liderem kieleckiej ofensywy był Alex Vlah.

W 28. minucie drużyna z Kielc wykorzystała grę w przewadze jednego zawodnika. Chwilę wcześniej, po wideoweryfikacji, dwuminutową karę otrzymał Miha Zarabec i po raz pierwszy w tym meczu kielczanie wyszli na prowadzenie dwoma bramkami. Na tablicy wyników widniało wówczas 13-11 dla Mistrzów Polski i wydawało się, że kielczanie są na wznoszącej.

Nic bardziej mylnego. Wisła do końca połowy grała niezwykle ambitnie w obronie i w ostatnich sekundach pierwszej części gry wyrównała po bramce Michała Daszka, który na sekundy przed końcem rzucał do pustej bramki kielczan. Tym samym do przerwy mieliśmy wynik 13-13.

Pierwsza połowa była pełna walki, ale również niedokładności. W sumie działo się wszystko, czego można było się spodziewać po meczu Świętej Wojny.

Bardzo dobry początek meczu w bramce Nafciarzy zaliczył Mirco Alilović, który odbił pierwsze pięć rzutów kieleckiej drużyny, w tym rzut karny. Wraz z upływem minut w bramce kielczan rozkręcać zaczął się Dejan Milosavljev, co summa summarum nie było żadną niespodzianką dla fanów szczypiorniaka. Każdy wie, że jest to wybitny fachowiec w swoim fachu.

W pierwszej części uwidoczniły się również charakterystyczne problemy Orlen Wisły Płock z ostatniego sezonu, czyli gigantyczne męczarnie w ataku pozycyjnym, brak szybkiego ataku oraz brak zagrożenia rzutem z drugiej linii.

Zasadniczo ofensywa płocczan była utrzymywana przez ataki środkiem boiska, gdzie swój koncert grał Janc, oraz przez Fredrika Bjerre, który wykorzystał 2 z 3 rzutów karnych, a ponadto dorzucił jedno trafienie bezpośrednio ze skrzydła.

W przysłowiowym teście oka można było odnieść wrażenie, że to Wisła bardziej cierpi na parkiecie, a inicjatywa pozostaje po stronie zespołu z województwa świętokrzyskiego.

Druga połowa

Początek drugiej części spotkania był bardzo podobny do pierwszych 30 minut, z tą jednak różnicą, że płockiej defensywie przestała pomagać bramka. Pierwsze dwa trafienia kielczan w drugiej części zdecydowanie były w zasięgu Mirco Alilovicia, który niedługo potem został zastąpiony przez nowego golkipera Nafciarzy, Miljana Vujovicia.

Wymiana ciosów i równorzędna walka, z delikatną przewagą Industrii Kielce, trwała do 45. minuty. Wówczas po trafieniu Leona Šušnjića z obrotu Wisła Płock po dłuższym okresie odzyskała prowadzenie 19-18.

Od tego momentu Nafciarze weszli na wyższe obroty i za sprawą świetnej postawy w defensywie Oriola Reya oraz ofensywnego duetu Siergiej Kosorotov – Fredrik Bjerre zaczęli sukcesywnie powiększać swoją przewagę. W 50. minucie po raz pierwszy w tym meczu objęli trzybramkowe prowadzenie.

Świetne podanie Gergo Fazekasa przez całe boisko, a Bjerre bardzo pewnie wykorzystał kontrę. 24-21 dla Orlen Wisły.

Napięcie dawało się we znaki obu stronom rywalizacji, a to generowało również głupie błędy. W 52. minucie, przy wyniku 22-24, zarówno kielczanie, jak i płocczanie popełnili faule w ataku.

W tej samej minucie mecz został przerwany, a na trybunach zapanowała chwila grozy. Po stronie płockich kibiców konieczna była interwencja medyków. Na hali zapadła cisza. Po chwili interwencji medycznej poszkodowany kibic na noszach opuścił halę, a służba medyczna została nagrodzona brawami zarówno przez kibiców z Płocka, jak i z Kielc.

Po wymuszonej przerwie kolejne trafienie dołożył Siergiej Kosorotov, wyprowadzając Wisłę na 22-25. Na domiar złego dla kielczan trzy świetne interwencje w końcówce dołożył Vujović. Po chwili rzut karny na bramkę zamienił Melvyn Richardson i płocczanie prowadzili już 26-22.

Wtedy stało się jasne, że po dwóch latach Superpuchar Polski wróci do Płocka.

Ostatecznie po bardzo dobrym i emocjonującym spotkaniu 27-24 zwyciężyli Nafciarze. Sam mecz jest świetnym zwiastunem nadchodzących emocji w sezonie Superligi.

Na nowy kredyt trzeba zapracować

W Płocku na pewno żaden kibic nie zakwestionuje dziedzictwa zbudowanego przez Xaviera Sabate. Trener Nafciarzy odzyskał dla Wisły zarówno tytuły mistrzowskie, jak i Puchary czy Superpuchary Polski. Niemniej nawet dzisiejszy triumf nie zmazał w oczach płockich kibiców plamy po bardzo przeciętnym zeszłym sezonie.

Przed spotkaniem zastanawiałem się, czy sytuacja Xaviera Sabate i Orlen Wisły Płock nie jest podobna do relacji Cholo Simeone i Atlético Madryt. Tam również ten wielki trener jest wręcz pomnikową postacią i tam również nikt nie podważa jego wkładu w historię klubu. W obu przypadkach daje się jednak zauważyć zmęczenie stron tą relacją.

Już po wygranym meczu, przed ceremonią wręczenia nagród, najwierniejsi fani Wisły wyrazili w jednej z przyśpiewek pogląd, że ich zaufanie do trenera Sabate w dalszym ciągu jest ograniczone. Czy można się im dziwić?

Najzwyczajniej w świecie niektóre wybory hiszpańskiego trenera są dla postronnego kibica niezrozumiałe. Jak choćby fakt, że supergwiazda pokroju Melvyna Richardsona spędza na parkiecie ledwie kilka minut. Ponownie w meczu pojawiały się też schematy z praworęcznym Przemysławem Krajewskim na prawym skrzydle, a atak pozycyjny w głównej mierze opierał się na indywidualnych szarżach liderów drużyny.

W tym świetle trudno się dziwić płockim kibicom, że kolejne odsłony Świętych Wojen w tym sezonie czy potyczki w Lidze Mistrzów z europejskimi potentatami wcale nie muszą być dla płocczan tak przyjemne.

Niemniej dzisiaj Nafciarzom i trenerowi Sabate należą się wielkie brawa za zaangażowanie i walkę. Ewidentnie w tym spotkaniu byli drużyną bardziej zdeterminowaną do zwycięstwa i dzięki temu osiągnęli swój cel.

Tylko że ten Superpuchar może być dla nich nie tyle zamknięciem trudnego rozdziału, ile początkiem budowania nowego kredytu zaufania. A na ten trzeba będzie zapracować już w kolejnych meczach.

Autor

0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x