Druga era Mourinho
Źródło: https://sport.rp.pl/pilka-nozna/art44990241-wraca-liga-mistrzow-swiata-real-i-jose-mourinho-maja-rachunki-do-wyrownania
Prawie 16 lat temu – lub, stosując inny przelicznik, 20 kilogramów temu dla mnie – swoją pierwszą przygodę z Realem Madryt zaczynał José Mourinho, ochoczo nazywany wówczas również The Special One.
Dzisiaj, po tak długim czasie, José Mourinho po raz drugi wchodzi w tę trudną i rwącą rzekę zwaną Realem Madryt. Wraca do wielkiego klubu, z którego poprzednio odchodził zapewne z poczuciem niedokończonej pracy. Co prawda zdobył trzy trofea, przerwał dominację wielkiej Barcelony Pepa Guardioli i przywrócił Realowi Madryt należne mu miejsce w europejskiej czołówce, ale przecież przychodził do Madrytu z jednym głównym zadaniem, czyli zdobyć upragniony dziesiąty Puchar Europy, tak wyczekiwaną wówczas La Décimę.
Nie udało się. Mourinho odchodził z Madrytu w sposób tak charakterystyczny dla tego trenera, zostawiając po sobie zarówno trofea, jak i potężną dawkę emocji, konfliktów oraz poczucie, że jego historia z Realem mogła i powinna była zakończyć się zupełnie inaczej.

Źródło: https://sport.tvp.pl/48171526/inter-mediolan-w-sezonie-200910-historia-potrojnej-korony
Zupełnie inny start
Kiedy 16 lat temu The Special One zaczynał swoją pierwszą przygodę na Santiago Bernabéu, zarówno on, jak i klub byli w zupełnie innych miejscach niż dzisiaj.
Wówczas José był wciąż bardzo młodym trenerem, który w ciągu siedmiu lat zdążył zdominować ligi portugalską, angielską i włoską, a do tego miał już na swoim koncie dwa uszate puchary Ligi Mistrzów zdobyte z FC Porto i Interem. Ten drugi triumf odniósł właśnie w Madrycie, pokonując Bayern Monachium 2:0. José był na szczycie!
A gdzie był wówczas Real Madryt?
Real miał za sobą kolejny sezon bez trofeum i kolejny sezon, w którym musiał oglądać plecy FC Barcelony. W Pucharze Króla został rozgromiony przez Alcorcón 4:0, a w Lidze Mistrzów po raz kolejny odpadł na etapie 1/8 finału, przegrywając w kiepskim stylu dwumecz z Olympique Lyon. Wówczas to Real bardziej potrzebował Mourinho, niż Mourinho Realu.
Gdyby ktoś 16 lat temu powiedział, że triumf José Mourinho z Interem w madryckim finale Ligi Mistrzów będzie jego ostatnim zwycięstwem w tych elitarnych rozgrywkach, a jednocześnie ostatnim triumfem włoskiego klubu, podczas gdy Real Madryt zdobędzie przez ten czas sześć kolejnych Pucharów Europy, adresat takiej predykcji zapewne zostałby skierowany do specjalnego ośrodka opieki.

Źródło: https://www.theguardian.com/football/2009/nov/10/real-madrid-alcoron-kings-cup
Chude lata
Kolejne lata pracy José Mourinho może nie były już pasmem wielkich sukcesów, ale pewne rzeczy i osiągnięcia -większe lub mniejsze – obserwatorzy futbolu mogą doceniać dopiero z perspektywy czasu.
Po odejściu z Realu José miał drugie podejście do Chelsea, podczas którego zapisał na swoim koncie kolejne mistrzostwo Anglii oraz kolejny półfinał Ligi Mistrzów.
Potem przyszła próba zastąpienia sir Alexa Fergusona w Manchesterze United. I właśnie okres pracy na Old Trafford uważam za jeden z najmniej sprawiedliwie ocenianych epizodów w karierze The Special One.
Co prawda Mourinho zdobył zaledwie wicemistrzostwo Anglii, Ligę Europy, Puchar Ligi Angielskiej oraz Tarczę Wspólnoty. Wówczas odbierano to jako wynik zdecydowanie poniżej oczekiwań wobec tak wielkiego klubu. Kolejne lata pokazały jednak, że proces odkręcania Czerwonych Diabłów po odejściu Szkota trwa do dziś, a na tym tle wyniki osiągnięte przez Mourinho w całym okresie po Fergusonie prezentują się już całkiem nieźle.
Kolejnymi przystankami Mourinho były Tottenham, AS Roma, z którą zdobył Ligę Konferencji i dotarł do finału Ligi Europy, przegranego po rzutach karnych z Sevillą, a następnie Fenerbahce Stambuł i Benfica.
Jak widać, miejsca pracy wybitnego Portugalczyka były z czasem coraz mniej prestiżowe, a zdobywane trofea nie rozpalają już wyobraźni postronnych kibiców. Znowu można jednak powiedzieć, że kibice AS Romy nie powinni narzekać na wygraną w Lidze Konferencji czy finał Ligi Europy. Tottenham z kolei, mimo że kilka lat po odejściu Mourinho wygrał drugie najważniejsze europejskie rozgrywki, również nie jest klubem, który regularnie co sezon wypełnia swoją gablotę.
Tym samym ocena bohatera dzisiejszego tekstu nie jest zero-jedynkowa. Trudno jednak zakwestionować stwierdzenie, że pewna magia i mit The Special One z czasem uleciały.
Teraz, po 16 latach, sytuacja Los Blancos wcale nie jest idealna, ale wydaje się, że tym razem to bardziej sam José potrzebuje Realu, niż Real potrzebuje jego.
Samo zatrudnienie go w największej piłkarskiej instytucji na świecie jest ogromnie zaskakującym ruchem ze strony Florentino Péreza. Naturalne są więc pytania: skąd ten ruch i czy Mourinho ma jeszcze wystarczająco dużo magii, żeby po raz drugi przekonać do siebie Madryt?
Szeryf potrzebny od zaraz
Nikt z nas nie wie, co myślał prezes Realu Madryt, kiedy decydował się na tak niespodziewany ruch. Co go motywowało? Jakie cechy José Mourinho uzasadniały wrzucenie, skądinąd twardego, Portugalczyka do tak trudnej szatni?
Wydaje mi się, że ta decyzja rodziła się w bólach dwóch ostatnich sezonów i wszystkich porażkach odnoszonych przez trzech ostatnich szkoleniowców madrytczyków: Carlo Ancelottiego, Xabiego Alonso oraz Alvaro Arbeloi.
Każdy z nich reprezentuje oczywiście inne wartości i inny warsztat pracy. Carletto stawiał na luźną atmosferę i trochę takie „wujkowanie” piłkarzom. Xabi sprowadzał piłkę do intensywnej pracy i nauki, zmuszając tym samym gwiazdy do dodatkowego zaangażowania i myślenia. Arbeloa z kolei próbował zjednać sobie szatnię ustępliwością i podporządkowaniem.
Wszystkiemu ze swojego gabinetu przyglądał się sędziwy biznesmen i prezes klubu, nie mogąc zrozumieć, jak zbudowana przez niego kadra tak często ośmiesza się na boisku i wielokrotnie po prostu przechodzi obok najważniejszych spotkań.
Jednym z kluczowych momentów poprzedniego sezonu i zalążkiem pomysłu przedsiębiorczego Hiszpana było spotkanie przegrane 2:4 na Estádio da Luz w Lizbonie, gdzie dużo słabsza kadrowo Benfica zniszczyła Real Madryt taktycznie. Tamtego wieczora José pokazał swojemu przyszłemu szefowi, że wciąż jest wielki, i zasiał ziarno, które kiełkowało przez kolejne miesiące, aż w końcu wydało owoce.
Florentino wie, że ten Real wciąż posiada gigantyczną jakość piłkarską. Rozumie jednak również, że jeśli modele oparte na spokoju, partnerstwie czy analitycznym podejściu kolejnych szkoleniowców nie przynoszą efektów, to czas sięgnąć po twardego szeryfa z Setúbal.
I właśnie dlatego, chociaż zapewne wielu kibiców uważa ten wybór za szczyt desperacji, ja widzę w nim raczej szczyt chłodnej kalkulacji.
Uważam, że Pérez stracił już wszelką cierpliwość do zblazowanych gwiazd i bezsprzecznie chce odbudować w swoim klubie mentalność zwycięzców. Dokładnie tak, jak zrobił to 16 lat temu.

Źródło: https://www.nytimes.com/athletic/6999819/2026/01/28/benfica-4-real-madrid-2-trubin-mourinho/
Mentalność zwycięzców
Kilka dni temu na jednej z popularnych platform streamingowych oglądałem trzyodcinkowy dokument o The Special One. W części dotyczącej pracy w Realu Madryt José mówił, że jego podstawowym zadaniem było odbudowanie w klubie mentalności zwycięzców.
Kiedy przychodził do Madrytu, miał odnieść wrażenie, że piłkarze są rozpieszczeni i oderwani od rzeczywistości. Do takiego przekonania miał dojść już po pierwszych trzech rozmowach z Ikerem Casillasem, który podczas spotkań z nowym szkoleniowcem przedstawiał kolejne oczekiwania i prośby.
Tymczasem José chciał wojowników. Piłkarzy gotowych wziąć nóż w zęby i walczyć o zwycięstwo za wszelką cenę, nawet jeśli czasami oznaczałoby to grę na granicy.
W efekcie Mourinho osiągnął swój cel. Przerwał dominację wielkiej Barcelony na krajowym podwórku i przypomniał Królewskim, że Liga Mistrzów może być również ich rozgrywkami. Mourinho pomógł zerwać z kompleksem Barcelony i, czy się to komuś podoba, czy nie, stworzył mentalne podwaliny pod późniejsze sukcesy Carlo Ancelottiego i Zinedine’a Zidane’a (podobny mechanizm można było przecież zaobserwować również w Polsce – Franciszek Smuda w Zagłębiu Lubin położył fundamenty pod mistrzowski zespół Czesława Michniewicza, a w Lechu Poznań przygotował grunt pod drużynę Jacka Zielińskiego).
Przed José stoi dziś podobne wyzwanie i podobny cel.
Ponownie musi wejść do szatni pełnej piłkarskich celebrytów i przekonać ich do swojej filozofii: talent i nazwisko nie wystarczą. Za wynik trzeba być gotowym walczyć do upadłego na boisku.
Nie będzie nudno
Można Portugalczyka lubić albo nie, ale na pewno nie można przejść obok niego obojętnie. To trener, który zawsze coś po sobie zostawia. Ja, jako fan ligi hiszpańskiej, nie mogę się już doczekać jego prowokacji, złośliwych komentarzy i inteligentnych przytyków do piłkarzy, trenerów, sędziów czy działaczy.
Piłka nożna na najwyższym poziomie to również show, a tego show z José na pewno nie zabraknie. Liczę jednak także na jakość piłkarską, taktyczne gambity i może jakąś piękną puentę tej historii?
Wszak czyż nie byłoby pięknie, z punktu widzenia piłkarskiego romantyzmu, gdyby The Special One po latach wrócił do Madrytu i zdobył dla Realu to trofeum, którego zabrakło mu za pierwszym razem?
Zobaczymy, jaką historię napiszą dla nas piłkarscy bogowie. Wszystko zacznie się już dzisiaj o 21:30 w Barcelonie, gdzie miejscowy Espanyol podejmie Królewskich.
Nie mogę się doczekać.
Zobacz również: