2026-09-13

Sportowa Strefa

EMOCJE SPORT I FAKTY

Liga U Zlatého Tygra #2 [Felieton]

Za oknem aura, która zwiastuje koniec lata, jak w piosence radzieckiego zespołu Kino Konczitsia leto. Koniec lata, jak co roku, nie zwiastuje tylko złocących się liści, krótkich dni czy zbliżającego się listopadowego grobbingu. Koniec lata to przede wszystkim zwiastun Ligi Mistrzów.

Tegoroczna edycja to kolejna edycja bez reprezentanta Ekstraklasy. Niby człowiek jest przyzwyczajony, niby wiedział, jak będzie, ale jednak się łudził. I chociaż o nieobecności mistrzów Polski w elicie żurnalistyka polska napisała już wiele, to dzisiaj, U Zlatého Tygra, chciałem przekazać kilka słów zazdrości względem sąsiadów z południa.

Zaczęło się w 2003

W kwalifikacjach do Ligi Mistrzów w sezonie 2003/2004 jako ówczesny mistrz Polski występowała Wisła Kraków. Na drodze do bram raju dla Białej Gwiazdy miał stanąć Anderlecht Bruksela. Ja, jako młody i niedoświadczony kibic, byłem przekonany, że podopieczni Henryka Kasperczaka rozniosą Belgów w pył. Wszak byliśmy świeżo po sezonie, w którym Biała Gwiazda lała Parmę, Schalke i naprawdę była bliska wyeliminowania Lazio Rzym (gdyby tylko Kuźba podał do Żurawskiego, gdyby tylko Wisła grała z bramkarzem).

Sami rozumiecie, że dla kogoś, kto jeszcze średnio rozumiał piłkarskie realia, Wisła Kraków wówczas wyrastała w moich oczach na potentata tej części Europy. Rywal trzy półki niżej niż Barcelona czy Manchester United jawił mi się jako przeciwnik jak najbardziej do przejścia. Niestety, przeżyłem brutalne zderzenie z rzeczywistością. Po Wiśle nie było czego zbierać, a ja dalej czekałem na Ligę Mistrzów.

W tamtym sezonie znalazłem sobie jednak nieoczywistą sympatię w praskiej Sparcie. Tak się złożyło, że wtedy pierwszy raz odwiedzałem miasto Karola, a fakt, że to Czesi lepiej grają w piłkę niż Polacy i mają swojego reprezentanta w Champions League, był dla mnie sporym zaskoczeniem. Warto dodać, że w tym samym sezonie bardzo blisko bram Ligi Mistrzów był derbowy rywal Sparty, czyli Slavia, która w III rundzie eliminacji odpadła z Celtą Vigo.

Do tego doszła bliskość geograficzna oraz – jak to dziecko kierujące się mało merytorycznymi przesłankami w ocenie piłkarskich sympatii – po prostu polubiłem Spartę za kolory ich koszulek.

Jeszcze większym zaskoczeniem dla mnie było to, że ten czeski reprezentant nie tylko występował w tych rozgrywkach, ale jeszcze wyszedł z grupy. I to z tym samym Lazio, które niedługo wcześniej ogrywało Wisłę Kraków Kasperczaka!

Sparta w tamtych rozgrywkach potrafiła ograć Besiktas, zremisować na Stamford Bridge z Chelsea i ugrać cztery punkty na wyżej wspomnianym Lazio.

Co prawda Rudi (przydomek Sparty, czyli „Kasztanowi”) odpadli w fazie 1/8 finału po dwumeczu z AC Milanem, ale ja dalej puchłem z dumy, bo byłem przekonany, że to tylko kwestia czasu, kiedy reprezentanci Ekstraklasy będą grać na tym poziomie. Po prostu równanie Wisły Kraków, Legii Warszawa czy Amiki Wronki do Realu Madryt, Manchesteru United czy AC Milanu wydawało mi się totalnie abstrakcyjne, ale porównanie do Sparty było jak najbardziej zasadne.

Kończyły się kolejne lata

Kończyły się kolejne lata, a ja, jak i wielu kibiców znad Wisły, zazdrościliśmy sąsiadom z południa. Oprócz europejskich przygód Sparty, Slavii Praga i Viktorii Pilzno swoją sól na zazdrość i rany polskiego kibica zaczęli wcierać Słowacy, którzy do elity wprowadzali Artmedię Petržalkę (wyeliminowanie Celticu Glasgow z Żurawskim i Borucem w składzie było szczególnie bolesne, bo gdyby mistrz Polski odpadł z ówczesnym Celtikiem, to każdy kibic przyjąłby to ze zrozumieniem jako oczywistą oczywistość – ot, kolejny wielki klub bije naszych), MŠK Žilinę (której awans też był bolesny dla Polaków, bo Słowacy w decydującej fazie wyeliminowali, nomen omen, Spartę Pragę, która we wcześniejszej rundzie wyrzuciła za burtę Lecha Poznań) oraz, już ostatnio dosyć regularnie, Slovan Bratysława.

Nam w tym czasie udało się tylko raz, a mianowicie Legii w 2016 roku. Przedtem i po tym zawsze powstrzymywało nas coś… Jeden z grzechów głównych polski wymieniany przez Piotra Stankiewicza, czyli nasz przeklęty niedasizm. Bo to trafiliśmy na wielkiego rywala w eliminacjach, bo to po mistrzostwie klub sprzedał swoje gwiazdy, a nowe się jeszcze nie zaaklimatyzowały, bo to sędzia pomógł rywalom, bo gdyby „nie słupek, gdyby nie poprzeczka”… Zawsze nam czegoś brakowało. Nawet teraz, gdy wszystko miało się zgadzać, to i tak… eh, szkoda gadać. O tym polska żurnalistyka też już napisała wszystko.

Teraz czescy kibice mogą usiąść U Zlatého Tygra i, pijąc kolejnego pilsnera, dyskutować o tym, jak idzie Slavii. Może starsi kibice, przez sentyment do państwa czechosłowackiego, będą rozważać, jak idzie Slovanowi. A my znowu zazdrościmy sąsiadom z południa.

Zazdrość nie oznacza zawiści

Polski kibic przez lata bryndzy piłkarskiej wynalazł swoje mechanizmy obronne i doskonale wie, jak znaleźć emocje w wielkich wydarzeniach piłkarskich bez naszego reprezentanta. A to kibicujemy tym wielkim z Zachodu, a to szukamy polskich akcentów w poszczególnych drużynach występujących w elicie. I tak przez to w tym roku wybitnie polskiemu kibicowi do gustu i zainteresowania może przypaść Sešívaní (przydomek Slavii Praga).

Wspominałem, że z czeskimi drużynami można sympatyzować przez bliskość geograficzną. Młodzi kibice może polubią koszulki Slavii tak jak kiedyś koszulki Sparty, ale nie oszukujmy się, że ewentualne zainteresowanie kibiców znad Wisły Slavią w Lidze Mistrzów ma proste motywacje. Wszak jest tam trzech naszych, a dwóch nawet wyszło w pierwszym składzie na pierwszą kolejkę Champions League. I powiedzmy sobie jasno – Wiktor Nowak i Oskar Kubiak nie pękli na robocie.

Zwłaszcza historia tego drugiego jest esencją magii piłkarskiego romantyzmu, bo Oskar Kubiak jeszcze 12 miesięcy temu wybiegał na mecz Sokoła Kleczew na trzecim poziomie rozgrywkowym w Polsce, żeby po roku zagrać w piłkarskiej elicie przeciwko wicemistrzom Francji. Nawet jeśli nie interesujesz się piłką nożną albo interesujesz się nią, ale nie na tyle, żeby spoglądać na jakąś Slavię Pragę, to musisz przyznać, że jest to historia na piłkarski film.

Prażanie co prawda w dramatycznych, a momentami głupich okolicznościach przegrali 2:3. Można pochwalić ich za walkę i grę w osłabieniu przez całą drugą połowę. Jasne, że możesz przegrać w takim meczu, nawet jeśli wychodzisz na prowadzenie 2:1 w 88. minucie spotkania, ale nie w takich okolicznościach. Gdybym był złośliwy, to napisałbym, że była to najbardziej czeska porażka, jaką kibic czeski mógłby sobie wyobrazić, bo Slavia zamiast postawić żiżkowski tabor we własnym polu karnym zdecydowała się na walną bitwę, jak nie przymierzając na Białej Górze. (Dobrze przynajmniej, że ta porażka nie zainicjuje kolejnej wojny trzydziestoletniej).

Niemniej fajnie oglądać polskich piłkarzy w Lidze Mistrzów, a oglądać ich w klubie, którego poziom i organizacja wydają się osiągalne dla naszej ligi, jest tym fajniejsze. Podobnie jak w tym 2003 roku sąsiad z Czech, niczym koszula bliższa ciału, jest dla mnie bardziej realistycznym punktem odniesienia niż ci wielcy.

Slavia nie ma czego się wstydzić, a jeśli postronny polski kibic zdecydował się obejrzeć akurat to spotkanie z uwagi na obecność Polaków, to na pewno się nie rozczarował i zapewne jeszcze na jakiś mecz Prażan zajrzy. Ale nie z zazdrością i zawiścią, tylko z ciekawością.

A my poczekamy do kolejnego końca lata.

Zobacz także:

Autor

0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x