Mistrz na łopatkach, Dwie czerwone kartki dla Górnika – PODSUMOWANIE 6 Kolejki PKO BP Ekstraklasy.
Za nami 6 kolejka gier Ekstraklasy, która jak co weekend zaserwowała nam niemal wszystko, czego moglibyśmy oczekiwać. Duża wpadka faworyta, odwrócenie losów spotkania w 3 minuty czy zespół kończący mecz w 9 to tylko niektóre z atrakcji, które w tym tygodniu dla nas przygotowano. Zapraszamy na podsumowanie 6 kolejki PKO BP Ekstraklasy.
Grad goli w Łodzi!
Spotkaniem otwierającym 6 serię gier był mecz pomiędzy Widzewem Łódź a Radomiakiem Radom. Gospodarze do tego starcia podchodzili z dorobkiem 8 punktów natomiast zespół z Radomia mający jeden mecz rozegrany mniej, miał na swoim koncie tylko 3 oczka. Podopieczni trenera Myśliwca w ostatniej kolejce ulegli na wyjeździe Pogoni Szczecin, z którą przegrali 2:0. Można było więc się spodziewać, że Widzew przed własną publicznością będzie chciał zagrać dobrą piłkę i zdobyć 3 punkty. Radomiak po 3 porażkach z rzędu przyjechał do Łodzi z nadzieją na przełamanie złej serii. Gospodarze od samego początku nie chcieli pozostawić niczego losowi i napierali na bramkę przeciwników. Kilka nieudanych prób przyniosło efekt w postaci gola Frana Alvareza, który w 18 minucie otworzył wynik spotkania. Radomiak miał ogromne problemy z wyprowadzeniem jakiejkolwiek sytuacji, co jeszcze bardziej napędzało ataki rywali. W 42 minucie gospodarze wykorzystali rzut karny za sprawą Imada Rondica i podwyższyli prowadzenie. Jak wiemy 2:0 to niebezpieczny wynik i gdy wydawało się już, że takim rezultatem zakończy się pierwsza połowa, Radomiak zdołał strzelić gola kontaktowego. Zamieszanie w polu karnym i błąd Rafała Gikiewicza wykorzystał Luis Rocha, który umieścił piłkę w siatce. Był to jedyny celny strzał zespołu z Radomia w pierwszej części spotkania. Bramka kontaktowa wlała nadzieję w serca przyjezdnych, którzy po zmianie stron rozpoczęli batalię o wyrównującego gola. Niestety nie potrafili dobrać ku temu odpowiednich i przepisowych środków, co przełożyło się na 5 żółtych kartek otrzymanych w ciągu 7 minut. Mecz nieco się wyrównał, a kolejnego gola zobaczyliśmy dopiero w 75 minucie. Strzelcem bramki został Mateusz Żyro, który podwyższył prowadzenie gospodarzy. Goście już 2 minuty później znów cieszyli się z gola kontaktowego. Tym razem za sprawą Zie Outtara. Do końca spotkania wynik nie uległ już zmianie, a tuż przed końcem spotkania Radomiak stracił Raphaela Rossiego za sprawą drugiej żółtej kartki. Widzew dopisał do swojego konta 3 punkty i z dorobkiem 11 oczek zajmuje 5 miejsce w tabeli. Radomiak z 3 punktami na tą chwilę plasuje się na miejscu przedostatni.
3 Minuty, które odwróciły losy meczu
Drugim piątkowym spotkaniem był mecz pomiędzy Lechią Gdańsk a zespołem Rakowa Częstochowa. Gospodarze po fatalnym ligowym początku i tylko 2 punktach na swoim koncie, niemal przez wszystkich skazywani byli na pożarcie. Podopieczni Marka Papszuna również nie do końca cieszyli się ze swojej gry a przede wszystkim z formy strzeleckiej zespołu, który w ostatnich 4 spotkaniach zdobył raptem 1 bramkę. Scenariusz pierwszej połowy poniekąd nas nie zaskoczył, jednak równie mocno nas rozczarował. Lechia nie potrafiła zbytnio zagrozić zespołowi Rakowa, a wręcz nie potrafiła znaleźć rozwiązania jak tego dokonać. Zespół z Częstochowy od początku meczu chciał narzucić swoje tempo, lecz mimo wypracowania kilku dogodnych okazji wciąż nie potrafił zdobyć bramki. Podsumowaniem pierwszej odsłony meczu niech będzie fakt, że w tamtym momencie mogliśmy zobaczyć łącznie 1 celny strzał, który oddał Raków. Zmiana stron przyniosła nam to, czego oczekiwaliśmy, czyli bramki. Ku zaskoczeniu wszystkich pierwszą z nich zdołała strzelić Lechia, która za sprawą Rifeta Kapica objęła prowadzenie po godzinie gry. W miarę upływu czasu wynik pozostawał niezmienny, a zespół Medalików wcale nie wyglądał na drużynę, która jest w stanie odwrócić losy spotkania. Czas mijał nieubłaganie, a gospodarze cały czas prowadzili 1:0. Na kilka minut przed końcem można było już myśleć, że takim właśnie wynikiem zakończy się to spotkanie. Mimo wszystko, gdyby tak się stało, to bylibyśmy świadkami niemałej sensacji. Końcowe minuty spotkania przyniosły nam, jednak kolejny niespodziewany scenariusz. W 87 minucie spotkania do siatki trafił Patryk Makuch i wyrównał stan meczu. 3 minuty później bramkę na 1:2 zdobył Jonatan Brunes, czyli prywatnie kuzyn Erlinga Haalanda i całkowicie odmienił losy spotkania. Lechia w ciągu kilku minut trafiła z nieba do piekła i wypuściła 3 punkty, z których nie zdołała obronić nawet 1. Raków natomiast po 4 meczach niemocy strzeleckiej zdołał zdobyć 2 gole i wygrać mecz co z pewnością warto docenić. Raków po 6 kolejkach z 11 punktami zajmuje miejsce 4, natomiast Lechia z 2 punktami zamyka tabelę Ekstraklasy.
W Lublinie mecz dla koneserów
Na otwarcie sobotnich gier, Motor Lublin podejmował u siebie Puszcze Niepołomice. Beniaminek jak dotąd przegrał tylko raz, w starciu z Rakowem Częstochowa. Puszcza natomiast w ostatniej kolejce rozbiła na własnym terenie zespół Lechii 4:1 i przyjechała do Lublina, będąc na fali po okazałym zwycięstwie. Przyjezdni znani są jednak ze swojego defensywnego stylu gry i opieraniu go o stałe fragmenty. Motor natomiast jako beniaminek ma tę przewagę, że dla wielu ekip jest jeszcze drużyną nieprzewidywalną i zdolną do zaskoczenia przeciwnika. Był to mecz, po którym nie oczekiwano fajerwerków i na dobrą sprawę dostaliśmy właśnie to, czego podświadomie mogliśmy oczekiwać. Spotkanie nie należało do najbardziej porywających i mimo kilku okazji z obu stron, wynik nie ulegał zmianie. Co prawda to Motor starał się częściej operować piłką i stwarzać sobie optyczną przewagę, lecz ustawiona defensywnie Puszcza nie dopuszczała do zbyt częstych ataków rywali. Finalnie po ostatnim gwizdku na tablicy utrzymał się wynik 0:0, a oba zespoły dopisały sobie po jednym punkcie do ligowej tabeli. Mecz z pewnością nas nie porwał, jednak w mojej ocenie oba zespoły cieszą się z tego punktu, ponieważ zarówno Motor, jak i Puszcza to zespoły, które celują w utrzymanie aniżeli coś więcej. Z uwagi na taki stan rzeczy, każdy pojedynczy punkt jest moim zdaniem na wagę złota dla tych zespołów. Sobotni podział punktów być może nie wprowadził żadnego zespołu w euforię, ale dał powody do zadowolenia. Puszcza po 6 kolejkach ma na swoim koncie 6 punktów i znajduje się na 11 miejscu w tabeli. Motor natomiast uplasował się na miejscu 12 z identyczną liczbą punktów, lecz jednym meczem rozegranym mniej.
Wielkie emocje w Krakowie
Drugie sobotnie spotkanie to starcie Cracovii z Górnikiem Zabrze, który do Krakowa przyjechał bez swojego lidera Lukasa Podolskiego. Jak się okazało dla drużyny z Zabrza, brak Podolskiego wcale nie musiał oznaczać problemów w ofensywie. Podopieczni Jana Urbana prezentowali się tego dnia naprawdę bardzo dobrze i otworzyli wynik już w 20 minucie meczu. Do siatki trafił Damian Rasak, który dał prowadzenie swojemu zespołowi. Górnik nie cieszył się, jednak zbyt długo, ponieważ już 6 minut później Filip Rózga cieszył się z trafienia wyrównującego. Tym razem to Zabrzanie zdecydowali się na szybką odpowiedź i w 33 minucie Taofeek Ismaheel dał gościom prowadzenie, które utrzymali do przerwy. Zmiana stron przyniosła nam także całkowitą zmianę obrazu gry. Cracovia już w 48 minucie zdobyła gola wyrównującego, jednak jak się okazało, był to gol zdobyty ręką, którego sędzia nie uznał. Pasy nie spuszczały z tonu, a Górnik coraz mocniej się gubił, czego podsumowaniem była czerwona kartka dla Rafała Janickiego w minucie 57. Od tamtego momentu drużyna Jana Urbana całkowicie przestała grać w piłkę i starała się odpierać ataki rywali. Słabo dysponowana tego dnia obrona Górnika w 73 minucie pozwoliła sobie na stratę gola wyrównującego, którego zdobył Ajdin Hasić. 5 minut później piłkę do własnej bramki wpakował Manu Sanchez i Cracovia cieszyła się z wyjścia na prowadzenie. Jakby tego było mało, w 84 minucie Kryspin Szcześniak także otrzymał czerwoną kartkę i Górnik kończył ten mecz w 9. Mało brakowało, a spotkania nie dokończyłby także Michał Szromnik, który złapał piłkę w dłonie poza polem karnym. Sędzia po analizie var uznał jednak, że nie ukaże zawodnika Zabrzan. Spotkanie niosło ze sobą wiele kontrowersji, lecz niestety trzeba przyznać, że Górnik przegrał to spotkanie na własne życzenie, popełniając masę błędów, które doprowadziły do 2 czerwonych kartek i porażki 3:2. Cracovia po zwycięstwie dopisała sobie 3 punkty do tabeli i po 6 meczach zajmuje 2 miejsce z dorobkiem 13 punktów. Górnik nadal z 8 punktami znalazł się na miejscu 10.
Piast wraca na zwycięskie tory
Na zakończenie ekstraklasowej soboty Piast Gliwice podejmował u siebie zespół Zagłębia Lubin. Gospodarze po zeszłotygodniowej wpadce w Mielcu wzięli sobie za cel honoru, aby w tym spotkaniu zdobyć pełną pulę. Zagłębie prezentuje się w tym sezonie mocno przeciętnie i po 5 kolejkach miało na swoim koncie tylko 5 punktów. Według ekspertów to Piast był tego dnia delikatnym faworytem spotkania. Ekipa gospodarzy na kilka dni przed meczem mocno się osłabiła, sprzedając Ariela Mosóra do drużyny Rakowa. Brak podstawowego stopera mógł zwiastować kłopoty defensywne, których na szczęście dla Piasta, udało się uniknąć. Pierwsze 45 minut przebiegało w dosyć wyrównanym i spokojnym tempie. Oba zespoły wypracowały sobie okazje, chociaż nie było ich wiele. Zarówno Piast, jak i Zagłębie nie potrafiło przełożyć sytuacji na bramki. Piast zerwał się tuż przed przerwą i za sprawą Damiana Kądziora, objął prowadzenie w doliczonym czasie gry. Bramka do szatni zazwyczaj podcina skrzydła zespołowi, który ją traci. W tym przypadku nie było to takie oczywiste i po zmianie stron to zespół Waldemara Fornalika prezentował się znacznie lepiej. Mimo wszystko dobra gra w obronie zaserwowana przez Piasta, nie pozwoliła przyjezdnym, prowadzonym przez ich byłego trenera na zdobycie wyrównującej bramki. Piast po 1 słabszej kolejce ponownie wraca na zwycięskie tory i z dorobkiem 11 punktów w 6 spotkaniach zajmuje miejsce 6. Zagłębie po raz kolejny nie potrafiło zapunktować i po 6 kolejkach nadal pozostaje z dorobkiem 5 punktów, co na ten moment daje im 13 miejsce w tabeli.
Mistrz Polski na kolanach
Niedziela rozpoczęła się od starcia beniaminka z Katowic, który na własnym terenie przyjmował drużynę mistrza Polski z Białegostoku. Gospodarze tego spotkania prezentowali się do tej pory całkiem solidnie, jednak cały czas wyczekiwali premierowego zwycięstwa na własnym terenie. Podopieczni Adriana Siemieńca przyjechali do Katowic z nadzieją na przełamanie złej passy, która trapi ich od dwumeczu z Bodo. 4 porażki z rzędu dla ekipy Jagielloni zwiastowały spory kryzys, który chciano jak najszybciej zażegnać. GKS Katowice od pierwszych minut niesiony dopingiem kibiców starał się objąć prowadzenie. Jagiellonia tego dnia nie była dobrze dysponowana i już w 2 minucie sprezentowała gola dla gospodarzy. Błąd obrony wykorzystał Adrian Błąd, który otworzył wynik spotkania. Zespół z Białegostoku stać było tego dnia tylko na chwilowy zryw, który w 18 minucie przyniósł gola na 1:1 za sprawą Afimico Pululu. Od tego momentu Jagiellonia mocno przygasła, a GKS się rozpędzał. Z przebiegu spotkania można było stwierdzić, że to GKS mierzy się z beniaminkiem, a nie odwrotnie. Zespół gości wyglądał tak, jakby mentalnie nie wyszedł na boisko. Jagiellonia grała bez jakiegokolwiek zaangażowania czy chęci do odwrócenia losów meczu. Można było odnieść wrażenie, że bronią remisu i taki wynik jest dla nich wystarczający. Zachowawcze zachowanie przyjezdnych, skrzętnie wykorzystali piłkarze Katowic, którzy najpierw w 73 minucie za sprawą Mateusza Kowalczyka wyszli na prowadzenie, a w doliczonym czasie gry ustalili wynik spotkania na 3:1 po bramce Oskara Repki. Gospodarze zasłużenie wygrali w tym spotkaniu, gdyż od początku do końca grali z pełnym zaangażowaniem i wolą walki. Jagiellonia przyjechała tutaj wydostać się z kryzysu, a wyjechała, pogłębiając swój kryzys jeszcze bardziej. GKS Katowice po 6 kolejkach ma na swoim koncie 8 punktów i znajduje się na 9 miejscu w tabeli. Jagiellonia z jednym meczem rozegranym mniej ma na swoim koncie punktów 9 i znajduje się na miejscu 8.
Hit kolejki dla Lecha
W niedzielę o 17:30 Lech Poznań podejmował u siebie Pogoń Szczecin. Spotkanie pomiędzy tymi drużynami określano jako hit kolejki. Pogoń w ten sezon weszła przyzwoicie, jednak zdążyła się już rozstać z trenerem, który przyjął ofertę z Arabii Saudyjskiej. Dodatkowo zespół ze Szczecina w tym sezonie nie dokonał niemal żadnych wzmocnień. Jest to podyktowane między innymi brakami w klubowej kasie, w której liczono już pieniądze za zdobycie pucharu Polski oraz grę w eliminacjach do Europejskich Pucharów. Jak wiemy, Pogoń nie zdobyła ani Pucharu, ani nie znalazła się na miejscu premiowanym grą w pucharach. Lech również ma swoje problemy, a kibice zarzucają zarządowi brak jakościowych wzmocnień. Lech podobnie jak Pogoń przed tym spotkaniem miał na swoim koncie 10 punktów po 5 meczach. W pierwszej połowie na stadionie przy ulicy Bułgarskiej nie zobaczyliśmy ani jednej bramki, mimo że były ku temu dogodne sytuacje. Gospodarze prezentowali się nieco lepiej od przyjezdnych, ale nie dało to wyczekiwanego rezultatu. Punktem zwrotnym z pewnością okazała się czerwona kartka dla Benedikta Zecha, który tuż przed przerwą wyleciał z boiska. Brak jednego zawodnika mocno wpłynął na grę Pogoni w drugiej odsłonie spotkania. Lech zaczął coraz bardziej uwidaczniać swoją przewagę i dominować w tym meczu. Prowadzenie dla gospodarzy przyniosła bramka Alfonso Sousy, który w 54 minucie zdobył bramkę na 1:0. Poznańska lokomotywa ruszyła za ciosem i starała się o zdobycie kolejnych bramek. Ta nadeszła dopiero w minucie 77 a zdobył ją ku zdziwieniu wielu Ali Gholizadeh. Jak dotąd wielkie pieniądze wydane na Aliego były uważane za ogromną wpadkę transferową. Wielomiesięczna kontuzja i brak formy Irańczyka sprawił, że chciano się go wręcz pozbyć z klubu. Na starcie sezonu zaczyna on jednak prezentować się coraz lepiej, co potwierdził zdobytym golem przeciwko Pogonii. Przyjezdni wrócili do Szczecina bez punktów i znajdują się na 7 miejscu w tabeli. Gospodarze po wygranej wskoczyli na fotel lidera z dorobkiem 13 punktów.
Spotkanie wojskowych klubów na remis
Niedzielny wieczór to starcie Śląska Wrocław, który przyjął u siebie Legię Warszawa. Zdecydowanym faworytem w tym spotkaniu zdawała się być Legia Warszawa, która w miarę regularnie punktuje w lidze, a także całkiem przyzwoicie radzi sobie w grze w Europie. Podopieczni Jacka Magiery jak dotąd nie zdołali jeszcze odnieść zwycięstwa w Ekstraklasie i okupowali raczej dalekie miejsca w tabeli, blisko strefy spadkowej. W pierwszej połowie nie otrzymaliśmy zbyt ciekawego widowiska. Zarówno Śląsk, jak i Legia oddały po dwa celne strzały, które nie przyniosły bramek. Drużyna trenera Feio starała się znacznie dłużej utrzymywać się przy piłce i budować swoje ataki od tyłu. Efektu to nie dało i wynik nie uległ zmianie do przerwy. Znając Portugalskiego trenera, to w przerwie w szatni musiało paść wiele mocnych słów, które zazwyczaj odmieniały grę Legii w drugich połowach. Tuż po zmianie stron doszło do fatalnego w skutkach zdarzenia, w którym udział wzięło dwóch piłkarzy wojskowych. Wychodzący do piłki Kacper Tobiasz zderzył się głową z Arturem Jędrzejczykiem i obaj upadli na murawę. Zdarzenie skończyło się zmianą obu zawodników i przewiezieniem ich do szpitala, gdzie przeszli wszystkie niezbędne badania. Jak się okazało, nie doznali oni żadnych urazów głowy i jeszcze tej samej nocy wraz z drużyną wrócili do Warszawy. Wracając, jednak do spotkania to chwilę później, bo w 53 minucie Bartosz Kapustka otworzył wynik spotkania po asyście Pawła Wszołka. Legia chciała podwyższyć wynik, lecz to Śląsk odpowiedział w 66 minucie za sprawą Tomasso Guercio, który dał gospodarzom wyrównanie. Mimo że zespół z Warszawy w drugiej połowie meczu posiadał piłkę przez blisko 74% czasu gry, to nie potrafił tej przewagi udokumentować zdobyciem zwycięskiego gola. Śląsk kilkukrotnie starał się odgryzać rywalom, ale brak piłki przy nodze nie pozwolił im na stworzenie sobie zbyt wielu szans. Mecz zakończył się remisem 1:1 i podziałem punktów. Na konferencji prasowej po meczu, obaj trenerzy czuli niedosyt i liczyli na pełną pulę. Śląsk po 5 rozegranych kolejkach nadal nie potrafi wygrać meczu i z 3 punktami zajmuje miejsce tuż nad strefą spadkową. Legia, mimo iż wywiozła z Wrocławia tylko 1 punkt, to mając ich 11, zajmuje 3 miejsce w ligowej tabeli.
W meczu na dole tabeli lepsza Korona
Na zakończenie 6 kolejki gier, spotkała się ze sobą Korona Kielce oraz Stal Mielec. Starcie drużyn, które od początku sezonu nie potrafią złapać dobrego rytmu i które od początku sezonu mają problem z punktowaniem, zapowiadało się mimo wszystko bardzo ciekawie. Mecz zespołów, które niezbyt skutecznie próbowały punktować w starciach z innymi zespołami, dawał nadzieję, że w takim wypadku obie drużyny poszukają punktów w starciu bezpośrednim. Co prawda w ostatniej kolejce zarówno Korona, jak i Stal nie przegrały swoich spotkań, jednak to Stal podchodziła do tego starcia z bardziej pozytywnym nastawieniem. Podopieczni trenera Kieresia przed tygodniem pokonali po dobrym meczu faworyzowanego Piasta 2:0 i odnieśli premierowe zwycięstwo w sezonie. Korona przed tygodniem podzieliła się punktami ze Śląskiem, który mimo gry w osłabieniu zdołał wyrównać w 93 minucie. Scyzoryki nadal czekały więc na pierwszą pełną zdobycz punktową. Jeśli można by jakoś określić sytuację w pierwszej odsłonie, to śmiało można by ją nazwać remisem ze wskazaniem. Mimo braku goli to Stal tworzyła sobie sytuacje i starała się wykorzystać swoich dwóch napastników. Niestety stwarzanie szans nie szło w parze z celnością, ponieważ przy 7 okazjach Stali, piłka tylko raz poleciała w światło bramki. Korona natomiast stworzyła sobie zaledwie 3 sytuacje, z których żadna nie była celna. Zapowiadało się więc tego dnia na dosyć nudne i bezbramkowe spotkanie, które zakończy się podziałem punktów. Jak się później okazało, gole jednak zobaczyliśmy. Po zmianie stron również obraz gry uległ zmianie i obie drużyny postawiły na bardziej ofensywny futbol. Nuno Pedro w 49 minucie dał prowadzenie Koronie i wlał w serca kibiców nadzieję na pierwsze ligowe zwycięstwo. Kielczanie złapali wiatr w żagle i ruszyli po kolejne bramki. Czas mijał, a na tablicy cały czas widniał wynik 1:0 dla gospodarzy. Niestety po raz kolejny końcowe minuty przyniosły Koronie sporo negatywnych emocji po wręcz bliźniaczej sytuacji z poprzedniego spotkania. Podobnie jak ze Śląskiem tak i tutaj piłkarze Korony wypuścili prowadzenie z rąk w końcowej fazie meczu. Tym razem to Maciej Domański skarcił Koronę zaskakującym strzałem po ziemi, który w 86 minucie wyrównał stan meczu. Warto tutaj pochwalić gospodarzy za determinację i chęć zwycięstwa, ponieważ stracona bramka wcale nie podcięła im skrzydeł. Nagroda za walkę przyszła w 91 minucie, kiedy to Dawid Błanik strzelił gola na 2:1. Taki rezultat utrzymał się już do końca meczu, a Korona cieszyła się z pierwszej wygranej w dodatku na własnym boisku. Taki wynik sprawił, że Stal z 4 punktami otwiera strefę spadkową na miejscu 16. Korona natomiast dzięki wygranej wydostała się z dna tabeli i z sumą 5 oczek zajmuje miejsce 14.
